schowali mnie do szuflady
bez gazu, światła i wody!
i leżałem na samym dnie
przez dekadę, a może dwie?
przykryty stertą szpargałów
i pistoletem magnum
jeszcze pudełkiem nabojów
co były ciężkie jak ołów
ktoś, kiedyś wyjął to magnum
i ołowiany nabój
już było mi znacznie lżej
bo ich z powrotem nie włożył
przypadkowi bohaterowie
postawieni na cokołach
za spontaniczne decyzje
wyrwani z codziennej rutyny
z nieodebranymi dziećmi
ze żłobka albo z przedszkola
obsypani kwiatami
i z niegasnącym zniczem
kiedy cię mijam na ulicy
patrz gdzieś nad moją głowę
gdy opowiadasz z ożywieniem
milknij zawsze, kiedy przechodzę
kiedy do ciebie się uśmiecham
odpowiedz mi nadętą miną
gdy wokół tyle fajnych dziewczyn
bądź dla mnie zawsze tą jedyną
tuż przy samym rynku
za kościołem farnym
mieszkał sobie chłopiec
strasznie ślamazarny
w tym samym miasteczku
co sie często zdarza
żyła również panna
córka aptekarza
córka aptekarza
i nasz ślamazara
już nietrudno zgadnąć
że to była para
chłopiec ślamazara
co mieszkał przy rynku
od dłuższego czasu
myślał o ożenku
myślał tak i myślał
aż razu pewnego
córka aptekarza
poznała innego
jak to sie skończyło?
pewnie zapytacie
och, jak ja nie lubię
gdy mnie poganiacie!
są podzieleni murem
wysokim na dwa metry
a grubym na dwie cegły
dziurawki
nie zamienili słowa
siedemset trzydzieści dni
dokładnie przez dwa lata
kalendarzowe
nagle wypadła cegła
trzydziesta pierwsza z lewej
na wysokości ust
jest dziura
czy będą się komunikować?
świat się kręci coraz szybciej
ktoś przewija moje życie
na przyspieszonych obrotach
że aż się boję spojrzeć w dół
nawet nie wiem gdzie jest niebo
a gdzie się podziała ziemia
złączone w szaleńczym pędzie
czas leci jak oszalały
jedna myśl goni drugą
już nie umiem ich pozbierać
pogubiłem moje skarby
wszystko to, co najcenniejsze
zostały puste kieszenie
jeszcze próbuję się modlić
lecz mam w głowie taki zamęt
zapominam o co się modlę
i te życzliwe uśmiechy
które jak w kalejdoskopie
migają mi przed oczami
ja już rzygam na to wszystko
niech ktoś to kurwa zatrzyma
wysiadam!
Może już od tygodnia
dokładnie nie pamiętam
bezwolnie biorę udział
w tajemniczym misterium
które odprawia natura
obrzędzie oczyszczenia
rytualnej ablucji
którą ludzkość nazywa
deszczem
na naszej scenie życia
odgrywamy swoje role
wygłaszając monologi
z pustymi frazesami
ubranymi w piękną formę
wsłuchując się we własne słowa
wpadamy w samouwielbienie
rozkoszując się melodią
i każdego słowa brzmieniem
a ci ludzie dookoła
postacie drugoplanowe
elementy dekoracji
są tylko uzupełnieniem
i zapominamy że są
zasłuchani we własne głosy
stoimy na środku sceny
w jasnym świetle reflektorów
aż wreszcie ktoś nie wytrzyma
i rzuci w nas pomidorem
w objęciach samotności
jadę przed siebie
pytasz: dokąd?
nie wiem
pytasz: którym numerem?
tego też nie wiem
wsiadłem do pierwszego lepszego
dla mnie każdy jest dobry
byle zawiózł mnie dalej
od siebie samego
pytasz: dlaczego?
nie powiem
pytasz: jak długo jeszcze?
tego też nie powiem
aż się kierowca odwróci
i krzyknie: kolego, wysiadamy
nie jadę dalej
wtedy się dowiem
pytasz: wrócisz?
nie mam do czego
pytasz: czy mam do kogo?
tak do tego kierowcy
z którym wczoraj jechałem...