17.06.2013

Ostatni wiersz

w tętnicę zęby wbiję
i będę pił zachłannie
aż jęk zamienię w ciszę
a kiedy już nie będzie
przeszkody żadnej dla mnie
to porwę twoją duszę
umieszczę ją na szczycie
i wszystko ci odsłonię
największe tajemnice
gdy poznasz prawdę o mnie
niepostrzeżenie zniknę

A kiszki grają marsza

Życie przekrojone na dwoje
Nożem do krojenia mięsa
Druga niewidoczna zsunięta
Pod stołem w kałuży i jeszcze
Kilka plasterków pomidora
Może niedokończona butelka
Orszak żałobny z czterech
Osób plus kundel płaczą
Ropiejące ślepia

16.06.2013

Chwila

upłynęła tłustymi plamami
na niedzielnym obrusie rosół
i chmura utopiona w szklance
kompotu z zeszłorocznych wiśni
pociągnięta leniwie pogawędka
pod jabłonią głównie o niczym
bezruch liści tłumaczy że i wiatr
dał sobie spokój z podrywaniem
sukienki zostawiając mi pole
o jutrze porozmawiajmy później
póki jeszcze goście przy furtce
a pies otworzył oko i zamknął
żeby zatrzymać chwilę

15.06.2013

Cisza przed burzą

jutro pójdzie szarża z tamtego wzgórza
w dupie mam tę wojnę ale mówią
że jesteśmy jakimś przedmurzem
chyba to do czegoś zobowiązuje
nawet jeśli wszyscy kiedyś zapomną
Pękają czaszki pod kołami taboru
a błoto zmienia ludzi w posągi
konie są zmęczone a przecież muszą
w tej wojnie będą najważniejsze
dziwki które poprawiają włosy
by na chwilę dać wytchnienie

Narodziny człowieka

ręka wyciągnięta o łyk wody
nie widać przybrudzonej opaski
pochyla się grenadier szturmowy
podstawia menażkę przytrzymując głowę
przybiega esesman i chce rozstrzelać
później tylko grozi sądem polowym
wyciąga z kabury parabellum
kaliber dziewięć i wciska w dłoń
a w blondwłosym żołdaku
właśnie narodził się człowiek
odmawia wykonania rozkazu
powstaniec patrzy bezradnie
przytrzymując jelita na ten
obraz cudowny na tle gruzów
ukochanego miasta które za chwilę
dobiją na chodniku czerniakowa

13.06.2013

Garderobiana z rekwizytorem

bez wyszukanej scenografii
ot kilka krzeseł na oparciu
jego czarne skarpety kontrastują
z jej białym biustonoszem
miłości akt pierwszy odgrywany
po raz dziesiąty w tym miesiącu
a ona taka naturalna nie umie grać
bez publiczności ale z poświęceniem
odgrywa jego żonę a może kochankę
bo żona czeka w domu obiecał
że po przedstawieniu zrobi zakupy
chyba zapomniał kwestii
bo bez słów zbiera swoje rzeczy
i zbiega ze sceny a ona zostaje

Lekcja, którą otrzymałem o godzinie 13:47

na kolana i nie unoś czoła
kiedy podniesiony łeb
jak źdźbło trawy sterczy
z ziemi do której należysz
jeden błysk ostrza
i strącona pycha
co chce sięgnąć nieba
w bezdenną otchłań
zapomnienia przez Boga
bo dla ludzi los twój
przysypany piachem
już od chwili narodzin

Pod powiekami

niech jutro się nie zbudzi
bo chwila ta jest droższa
niż cała wieczność może

lekkim kołysaniem bioder
tańczysz do śpiewu fal
klaszczących o nabrzeże

czuję opuszkami palców
rytm co wprawia ciało
twoje w słodkie drżenie

ukryje je pod powiekami
żeby mi było już na zawsze
dla smutnych oczu ukojeniem

Nie wiem

jeszcze nie wiem czy zdążę
znaleźć receptę na nieśmiertelność
czy Bóg mi pozwoli napisać
te kilka słów po których ludziom
wyrastają skrzydła aniołów żeby
już nigdy nie dotknęli ziemi

jeszcze nie wiem czy zdążę
wyrwać się ze szponów
złych wspomnień co jak sen
odbierają spokojny oddech
o który proszę Boga
budząc się w środku nocy

jeszcze nie wiem czy zdążę
uciec od tych słabości
które siedząc na plecach
każą mi pełzać jak robak
tuż przy ziemi i lizać słowa
żeby ich skrzydła były ciężkie
i nie uniosły się do góry